Ten strzał nie powinien w ogóle paść

Na jednym z pól pod Radomskiem doszło do tragicznego zdarzenia. Myśliwy postrzelił 61-letniego mężczyznę, ponieważ był pewien, że to dzik. Niestety mężczyzna zmarł na miejscu.

Miejsce zdarzenia

Prawo Łowieckie

Na obowiązkowym kursie łowieckim kandydaci na myśliwych zdobywają wiedzę nie tylko o biologii zwierząt czy okresach ochronnych, ale przede wszystkim o sposobach bezpiecznego wykonywania polowania. Zdają z tej wiedzy egzamin składający się z trzech części: pisemnej (test 100 pytań), ustnej (przed komisją PZŁ, w której uczestniczy przedstawiciel policji) i praktyczny na strzelnicy (z broni długiej).

Na bezpieczeństwo na polowaniu indywidualnym i zbiorowych kładzie się na kursie ogromny nacisk. Przystępujący do egzaminu kandydat na myśliwego musi znać na pamięć przepisy z tego zakresu. A przepisy te powstały w trosce o bezpieczeństwo nie tylko uczestników polowania, ale również ludzi, który mogą znaleźć się w rejonie polowania. Kula z lufy kalibru .30 wystrzelona pod odpowiednim kątem może przelecieć nawet 5-6 km i zabić człowieka.

Jednym z wielokrotnie podkreślanych przepisów, jest całkowity zakaz strzału do nierozpoznanego osobiście celu. Myśliwy polujący w nocy jest zobowiązany zachować wyjątkową ostrożność, a w szczególności:

  • znać dokładnie teren w rejonie polowania;
  • nie strzelać w kierunku osad i dróg publicznych;
  • przed strzałem osobiście rozpoznać przez lornetkę cel i teren na linii strzału [tzw. przedpole i zapole]

Dodatkowo przepisy nakładają na myśliwego obowiązek posiadania lornetki i latarki. Wszystko po to, żeby polowanie w nocy było bezpieczne. Myśliwy, który postrzelił człowieka nie zastosował się do wyżej wspomnianego zakazu.

Co poszło źle?

Wpatrując się w nocy w ciemność po jakimś czasie umysł płata figle. Człowiekowi może się wydawać, że leżący przed nim nieruchomy głaz się poruszył. To normalne zjawisko i doświadczył tego na pewno nie jeden myśliwy. Dlatego uważne przyjrzenie się obiektowi do którego strzelamy jest bardzo ważne. Ludzie nie są przystosowani do widzenia w ciemnościach. Dlatego do nocnych polowań powinno się wybierać księżycowe noce. Jest jeszcze inny powód, do którego wrócę później.

Jeśli myśliwy oddał strzał i zabił człowieka, to znaczy, że nie widział ani w lornetce, ani w lunecie jego całej sylwetki. Jest to karygodne niedopatrzenie. Podkreślam, nikt nie pozwala tak strzelać, a na kursach i egzaminach nacisk na kwestie bezpieczeństwa jest ogromny.

Oddanie takiego strzału jest karygodne również z innego powodu: nawet, gdyby myśliwy trafił dzika, to jest to strzał oddany nieetycznie. Na kursie łowieckim wykładowcy poświęcają sporo czasu na temat dobrze oddanego strzału. Myśliwy musi znać miejsca, w które należy strzelać do zwierzyny. Etyczny strzał to strzał celny, który powoduje minimum cierpienia i szybkie zgaśnięcie zwierza. Niezbędne jest do jego wykonania rozpoznanie sylwetki zwierzęcia.

Co więcej, myśliwy powinien wiedzieć, jak zachować się po strzale. Jak rozpoznać po reakcji zwierzyny w jaką jej cześć trafił. To wszystko jest na szkoleniu przed egzaminem. Etyczny myśliwy uszanuje przykry moment pozbawienia jej życia: nie zbliży się do ubitego zwierza zanim on nie zgaśnie. Szacunek w tradycji łowieckiej podkreśla się m.in. przez udekorowanie zdobyczy tzw. złomem czyli np. ułamaną gałązką z pobliskiego drzewa. Po czym odczekuje chwilę w ciszy z kapeluszem w ręku. W ten sposób myśliwi oddają hołd zwierzynie, która oddała życie, żebyśmy my mogli żyć.
Na marginesie: dzisiejszy przemysł mięsny słabo w tym zestawieniu wypada. Nie będę wstawiał tu linków, bo nagrania z chińskich czy niemieckich ubojni można znaleźć bez trudu na YouTube.

Dlaczego noktowizja i termowizja nie jest rozwiązaniem

Pojawienie się ASF i związane z tym naciski rolników na zwiększenie odstrzału dzików wymusiły zmianę w prawie. Noktowizja stała się legalna dwa lata temu. Minister Środowiska podpisał rozporządzenie wprowadzające zmiany w regulaminie polowań, dopuszczając do polowań w nocy na dziki optyczne urządzenia noktowizyjne i termowizyjne. Zgoda obowiązuje wyłącznie na obszarach objętych restrykcjami związanymi z obecnością wirusa ASF. Celem dopuszczenia tych urządzeń jest poprawienie skuteczności wykonywania polowania na dziki, co z kolei powinno pomóc zahamować rozprzestrzenianie się afrykańskiego pomoru świń (ASF), groźnej choroby zakaźnej zwierząt zwalczanej z urzędu (niepolujący mieszczanie muszą przecież coś jeść).

W pewnym stopniu rozumiem działania Ministra Środowiska. Naciskom rolników, którzy dostarczają schabowe na stoły „elity intelektualnej” z wielkich miast ciężko się oprzeć. Jest to wyjątkowa sytuacja. I tak powinna być traktowana.

Jednak są jeszcze myśliwi, dla których ważniejsze od ubicia zwierza, posiadania nowego błyszczącego karabinu z noktowizją i super terenowego samochodu, jest samo podchodzenie zwierzyny, tzw. gra łowiecka. Nie potrzebują do tego noktowizji. Wytrawny myśliwy poczeka na księżycową noc. Jeśli dziki będą za daleko na strzał (co określają przepisy), zejdzie z ambony i cicho je podejdzie. To jest właśnie prawdziwe polowanie, to jest źródło prawdziwych łowieckich emocji. Strzelanie na 200 m w nocy z noktowizorem to nie łowiectwo, to eksterminacja.

Myślistwo bowiem to nie jest wojsko. Nie powinno tu być miejsca na noktowizję, termowizję czy ubiór w wojskowe łaty. Nie taka jest nasza tradycja. Ani Bolesław Chrobry, ani Ignacy Mościcki, ani Fryderyk Chopin, ani Włodzimierz Puchalski nie polowali z noktowizorami.

Wiem, czasy się zmieniają. Ale wróćmy do powodu dlaczego nie każda noc jest dobra na polowanie. Otóż zwierzynie też trzeba dać odpocząć. Zwierzęta żerują głównie od zachodu słońca do świtu. Jeśli będziemy polować na nie co noc z noktowizją, to nigdy nie zaznają spokoju. Celem łowiectwa nie jest masowa eksterminacja zwierząt, którym należy się szacunek i człowiek nie powinien przekraczać pewnych granic etycznych.

Podsumowanie

Myśliwy miał pecha, że na polu w środku nocy zjawił się człowiek. Teoretycznie nie powinno go tam być. Jednak nic nie tłumaczy, dlaczego oddał strzał zanim przyjrzał się dokładnie celowi. Nikt nie kazał mu strzelać. Poniesie teraz tego konsekwencje. Oby wszyscy polujący wyciągnęli z tego naukę na przyszłość.

Serial HBO Czarnobyl pokazał porażkę komunizmu

Wiele osób ogląda nowy mini-serial HBO pt. Czarnobyl, który patrząc na recenzje i opnie, popularnością ma szansę przebić Grę o Tron.
Bill Wirtz udał się na Ukrainę, żeby na własne oczy zobaczyć Strefę Wykluczenia.

Źródło: Pixabay

Porażka komunizmu

Na obwodzie 30 kilometrowej strefy znajduje się stanowisko kontroli granicznej na którym funkcjonariusze dokonują kontroli paszportowej i rejestracji wycieczek. Przy wyjeździe ze strefy na tym samym punkcie kontrolnym zwiedzający są sprawdzani pod kątem napromieniowania. Osoby wjeżdżające do strefy muszą nosić długie spodnie i długie rękawy, a jedzenie i spożywanie napojów w terenie otwartym jest zabronione. Nie wolno niczego dotykać, a tym bardziej zabierać ze sobą.

Po dotarciu w rejon oddalony tylko o 10 kilometrów od reaktora, licznik Geigera pokazuje w niektórych lokalizacjach wyższe poziomy promieniowania. Przewodnicy chętnie nam je wskazywali. Z pewnymi zastrzeżeniami ludzie w Czarnobylu pracują i żyją znów normalnie. Po zbudowaniu nowego sarkofagu reaktora w 2016 roku poziom promieniowania jest niższy niż niż przy locie samolotem na wysokości 10.000 metrów. Dawka która otrzymałem podczas ośmiogodzinnej wizyty, była 25 razy niższa niż w przypadku prześwietlenia klatki piersiowej. Dzisiejsze wizyty w Czarnobylu są więc prawdopodobnie bezpieczne. Nie zawsze tak było.

Czarnobyl bardzo dokładnie przedstawia, jak ludność Prypeci, miasta, w którym mieszkali pracownicy elektrowni jądrowej, była utrzymywana w niewiedzy, a nawet zmuszana do pracy wokół reaktora pomimo niebezpiecznie wysokiego poziomu promieniowania. Dawka promieniowania jaką otrzymali mieszkańcy zmienia skład krwi, co może doprowadzić do śmiertelnych i bolesnych form raka. Komunistyczni aparatczycy Związku Radzieckiego po awarii nie chcieli przyznać się do pomyłki ani porażki. Moskwa jasno dała do zrozumienia ludności, że energia jądrowa jest bezpieczna i że państwo nie popełniło błędu. Dopiero kiedy radioaktywny deszcz spadł na Europę Zachodnią i Północną, blokująca wszelkie informacje żelazna kurtyna radzieckiej machiny propagandowej nie zdołała ukryć prawdy przed oczami świata.

Awaria w Czarnobylu miała dwie przyczyny: brak środków finansowych Związku Radzieckiego (co spowodowało oszczędności infrastrukturalne) oraz niekompetencja i arogancja szefostwa reaktora. Anatoly Dyatlov był zastępcą głównego inżyniera elektrowni jądrowej w Czarnobylu i nadzorował test bezpieczeństwa reaktora jądrowego RBMK w nocy z 26 kwietnia 1986 roku.

Celem testu było wyeliminowanie potencjalnego problemu bezpieczeństwa: podczas ewentualnej przerwy w dostawie prądu generator awaryjny potrzebował 60 sekund na przepompowanie wody przez rdzeń elektrowni. Dyatlov nie zastosował się do procedury testowej uruchamiając nieodwracalnie reakcję łańcuchową. Poważne wady w budowie elektrowni, ukryte świadomie przez radziecką maszynę propagandową, doprowadziły do ostatecznie do eksplozji rdzenia reaktora.

Oszustwo

Według przewodników z Czarnobyla serial HBO nadmiernie dramatyzuje całe wydarzenie wprowadzając nieprawdziwe elementy. Nie ma dowodów na to, że wysoki poziom promieniowania może powodować metaliczny posmak w ustach. Promieniowanie może wpłynąć na funkcje neurologiczne jednak jest bardzo mało prawdopodobne, aby wszyscy strażacy doświadczyli tego samego uczucia jednocześnie. Eksplozja w reaktorze nie wytworzyła jasnego światła wystrzeliwującego w niebo, jak to zostało przedstawione w serialu.

Jednak działania radzieckiej maszyny propagandowej przedstawione zostały dokładnie. Ślepe zaufanie do państwa połączone z tuszowaniem prawdy przez rząd doprowadziło do śmierci wielu ludzi. Mogło też doprowadzić do najgroźniejszej w historii ludzkości katastrofy spowodowanej przez człowieka (w serialu znajdujemy wyjaśnienie, jak udało się uniknąć najgorszego scenariusza olbrzymim kosztem ludzkim).

To ile osób zginęło z powodu katastrofy w Czarnobylu pozostaje przedmiotem debaty, która ma charakter polityczny. Związek Radziecki podał, że bezpośrednich ofiar śmiertelnych było tylko 31, w tym personel elektrowni jądrowej i pierwsi strażacy, którzy zginęli w wyniku napromieniowania. Ale ile ludzi umarło potem? Ten temat jest nieprecyzyjnie przedstawiony w serialu HBO. Można odnieść wrażenie, że zginęli wszyscy strażacy, podczas gdy tylko 20% z nich zmarło w wyniku promieniowania.

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) rzeczywista liczba osób, które zmarły na skutek katastrofy w Czarnobylu wynosi 4000. W wyniku 20-to letnich międzynarodowych badań ustalono:

„Około 1000 pracowników elektrowni oraz pracowników służb ratowniczych było w znacznym stopniu narażonych na wysokie promieniowanie pierwszego dnia wypadku; można przyjąć, że spowodowało ono około 2200 zgonów wśród ponad 200 000 pracowników służb ratowniczych narażonych w latach 1986-1987.”

Ukrywanie prawdy przez komunistów

Związek Radziecki tuszował skutki katastrofy, a Federacja Rosyjska nie chce ponosić żadnej odpowiedzialności (która miałaby charakter finansowy) związanej z Czarnobylem. Obecnie wiedza inżynieryjna i finansowanie pochodzą od społeczności międzynarodowej, a bezpośrednie konsekwencje ponosi niepodległa Ukraina.

Z drugiej strony, konsekwencje katastrofy są wykorzystywane przez przeciwników elektrowni atomowych. Przykładowo, Michael Shellenberger w artykule napisanym dla Forbes’a kwestionuje szacunki ONZ i podważa wiele twierdzeń z miniserialu HBO. Czarnobyl ciągle jest wykorzystywany w celu podkopywania zaufania do energii jądrowej. W rzeczywistości incydent z czasów ZSRR ma niewiele, lub nawet nic, wspólnego z nowoczesnymi elektrowniami jądrowymi. Shellenberger przedstawia jednak sprawy w ciemnych barwach. Serial HBO ukazuje niekompetencję kolektywistycznego superpaństwa równie dobrze jak przejaskrawia konsekwencje napromieniowania.

Każdy kto dziś odwiedza to miejsce może zobaczyć jakie koszty ponieśli ludzie w wyniku awarii spowodowanej przez Związek Radziecki. Wszędzie widać ślady pośpiesznej ewakuacji z Prypeci. Wśród opuszczonych supermarketów, szpitali i można znaleźć porzucone zabawki dla dzieci. Katastrofa jądrowa w Czarnobylu była jedną z najgorszych porażek komunizmu. Autorytaryzm wpisany w system rzutował na zachowanie podwładnych, co uniemożliwiało podważanie ich opinii i reagowanie na nadużycia. Gdyby komunistom tak bardzo nie zależało na ratowaniu twarzy, można by uniknąć wielu ludzkich cierpień.

Czarnobyl nie jest porażką technologii (wiedza w tym zakresie jest dziś o wiele lepsza; nigdy w latach 80-tych nie doszło do podobnej sytuacji na Zachodzie), ale porażką kolektywizmu i ślepego zaufania do władzy państwa. Wypadek w Czarnobylu powinien służyć jako lekcja, że komunizm jest w stanie zniszczyć wszystko co dobre.


Opracowanie na podstawie What You See When You Visit the Chernobyl Exclusion Zone


To możesz zobaczyć mapkę z naniesionymi lokalizacjami elektrowni atomowych i odczytami z czujników radiacji utrzymywanymi przez osoby prywatne.


Jak zostałem przestępcą

W Nowej Zelandii wiele osób używa strzelb, aby chronić winnice przed ptakami lub zabiera karabin na jesienną wędrówkę po wzgórzach w poszukiwaniu jeleni. Okazuje się, że tragiczne wydarzenia z 15 marca 2019 w Christchurch skutkowały zamianą wielu z nich w przestępców. W poniższym artykule Paul Taggart zwraca uwagę na to jak bardzo nowozelandzcy politycy tworzący chore prawo są w błędzie.

Moje przejście od zwykłego faceta w średnim wieku do zrzędliwego staruszka było dość nagłe. Było pośrednio spowodowane tragicznymi wydarzeniami w Christchurch.

Wydarzenia tamtego dnia były całkowicie przerażające. W konsekwencji wszystko co w ich wyniku zrobił rząd nie podlegało otwartej krytyce z obawy, że będzie to źle odebrane przez osoby pogrążone w żałobie.

Notowania premier Jacindy Ardern po jej pierwszym wystąpieniu po strzelaninie wzrosły skokowo i przez kilka tygodni miałem wrażenie, że Nowa Zelandia jest rządzona przez mesjasza [historia pokazała nie raz, że obywatele stają po stronie prezydenta czy premiera w obliczu pojawiającego się nagle zagrożenia — przyp. tłum]. Ponieważ jednak takie wydarzenia stanowią podatny grunt dla osób gotowych wdrażać przeróżne programy, to oportuniści szybko zabrali się do pracy.

Po atakach z 11 września, najgorszym wydarzeniu terrorystycznym tego wieku, Stany Zjednoczone podjęły działania na wielu kierunkach, łącznie z kontrowersyjną inwazją na Irak.

Winston Churchill powiedział kiedyś, że ci, którzy nie uczą się z historii są skazani na jej powtarzanie. Jacinda Ardern pracowała wcześniej jako doradca ds. polityki u boku Tony’ego Blaira, który z kolei popierał działania George’a W. Busha w Iraku. Powinna więc wiedzieć, że zanim podejmie się rygorystyczne działania należy najpierw ochłonąć.

Ale po 15 marca nasza premier zrobiła dokładnie to, co zrobił prezydent Bush — zaatakowała cel, który w ogóle nie był związany z wcześniejszymi wydarzeniami.

I to właśnie uruchomiło moją transformację w zrzędliwego staruszka. Od nastoletnich lat jestem licencjonowanym posiadaczem broni palnej; najpierw w Wielkiej Brytanii, a następnie w Nowej Zelandii, po tym jak wyemigrowałem tutaj w wieku lat 20. Nie jestem szczególnie aktywnym strzelcem i nigdy nie miałem samopowtarzalnej broni typu wojskowego (MSSA).

Ponieważ jestem zdrowy na umyśle i nigdy nie biłem żony, to policja nie miała powodu żeby odmówić mi pozwolenia na broń. Zawsze uważałem, że mojej licencji strzeleckiej nic nie zagraża.

Moja kartoteka karna jest czystsza od kartoteki szefa policji Mike’a Busha, który to komisarz został kiedyś skazany za jazdę po pijanemu. Pijani kierowcy z wyrokiem w Nowej Zelandii nie dostaną nigdy wizy wjazdowej do Kanady, a mimo to mamy komisarza policji z wyrokiem. To daje do myślenia. Co więcej, na szczycie administracji zasiada również Willy Haumaha, który był oskarżony o poniżanie i deprecjonowanie kobiet.

Tak więc dwaj mężczyźni, którzy swoimi działaniami udowodnili, że kiepsko sobie radzą w społeczeństwie, prawdopodobnie doradzali premierowi i wspólnie zatwierdzali nowe przepisy prawne. Dzięki nim po 40 latach z legalnego posiadacza broni palnej z licencją w dwóch krajach nagle stałem się przestępcą. Jedynym powodem dla którego to się stało był subiektywny osąd polityków wszystkich parlamentarnych opcji, którzy jednogłośnie stwierdzili, że broń typu MSSA jest zła, powinna zostać skonfiskowana i zniszczona, bo tego typu broni palnej użyli przestępcy w strzelaninach w Christchurch. Zwykle nie biorę udziału w debacie o tego rodzaju broni, ponieważ mam mieszane uczucia co do MSSA. Jednak w środowisku polityków szybko zrodził się pomysł całkowitego zakazu broni podobnej do wojskowej. Opracowano stosowne zmiany w przepisach przy okazji przemycając kilka innych zmian. Nie jest nawet jasne kto je zaproponował.

Dodatkowe klauzule i poprawki oznaczają, że Bogu ducha winna kowbojska broń palna wyprodukowana przez Winchestera i pochodząca z lat osiemdziesiątych XIX wieku, strzelby z których polowano na kaczki i mój karabin na polowanie na jelenia, stały się nielegalne.

Mój Browning ma magazynek, który mieści cztery naboje. Karabin ten ma ogranicznik, który zapobiega włożeniu do niego magazynka o dużej pojemności. Jest przeznaczony do polowania na jelenie i od dziesięcioleci cieszy się popularnością wśród osób tak samo jak ja leworęcznych, które przez wiele lat miały ograniczony wybór jeśli chodzi o broń typu bolt-action [broń nieautomatyczna z zamkiem suwliwym stosowana dziś m.in. łowiectwie — przyp. tłum].

Tak wiec muszę oddać swój karabin, ponieważ zmiana prawa została pośpiesznie wprowadzona w życie, jeszcze zanim zwykli ludzie zdołali się z nią zapoznać, skomentować ją lub zakwestionować jej całkowitą głupotę. Muszę oddać swój stary karabin na złom, bo inaczej grozi mi siedem lat za kratkami.

Wkurzają mnie też pijarowi spin-doktorzy, którzy zajmują się tematem broni. Przykładowo, kiedy policja mówi o broni, którą ma skonfiskować, to nazywa ją „bronią szturmową” — co kojarzy się z bronią wojskową, nawet jeśli chodzi o zwykłe karabiny sportowe lub strzelby. Kiedy jednak skradziono z posterunku policji w Palmerston North jedenaście sztuk broni, to te same karabiny nazywano wtedy po prostu „bronią palną”. To drugie brzmi oczywiście łagodniej.

Przerażają mnie sposoby, których łapali się politycy, by w zastraszającym tempie przepchnąć zmiany w prawie, jadąc na fali publicznego niezadowolenia po strzelaninie. Niektóre z tych sposobów były bardziej przerażające niż inne.

Judith Collins sięgnęła dna, kiedy zaatakowała podkomisarza komisji kwalifikacyjnej w związku ze jego wyrokiem, który dostał kiedyś za granicą. Nie miało to nic wspólnego ze sprawą, która właśnie się toczyła. Co więcej, bitwa została już wygrana, komisja kwalifikacyjna była tylko szaradą. Postanowiono już na szczytach władzy, że prawo zostanie uchwalone, więc występ pani premier przed kamerami był tylko bezwstydną autopromocją.

Prawdopodobnie punktem zwrotnym mojej transformacji w zrzędliwego staruszka było wysłuchanie ministra policji Stuarta Nasha, który z radością powiedział w wywiadzie telewizyjnym, że ci, którzy nie zastosowali się do nowego prawa, zostaną uwięzieni na siedem lat. Jakże głupi jest ten Nash.

Wiemy dobrze, że nawet prawdziwi przestępcy często nie trafiają do więzienia, nawet wtedy, gdy prawo jest surowe i gdy popełnią poważne przestępstwo.

Irytujące było również słuchanie jak gadał o tym, że posiadanie broni palnej jest przywilejem, a nie prawem naturalnym. Myli się w swoim twierdzeniu, ale nawet gdyby miał rację — co daje mu prawo do odebrania mi tych przywilejów po 40 latach bezpiecznego obchodzenia się z bronią?

Jednocześnie minister sprawiedliwości Andrew Little nawołuje do otwarcia więzień i wypuszczenia na wolność trzydziestu procent groźnych przestępców. Ale ludzie tacy jak ja — z „przeszłością kryminalną” czystszą niż przeszłość komisarza policji — mają teraz trafić za kratki i spędzić tam kolejne siedem lat na karmieniu świń i słuchaniu strażników siorbiących Slushies w więzieniu Christchurch Men’s Prison. I jeszcze ten ich pomysł z wykupem broni palnej — to będzie ogromny koszt bez najmniejszego wpływu na bezpieczeństwo publiczne.

Są obszary, w których te pieniądze bez wątpienia uratowałaby życie — już lepiej przekazać je do NFZ. Moja żona zmarła na raka piersi. Jako wdowca bardzo mnie boli, gdy widzę jak kobiety zmuszone są sprzedawać swoje domy rodzinne, aby wyjechać za granicę na leczenie farmakologiczne niedostępne w Nowej Zelandii.

Wystarczyłoby, żeby pani premier Ardern pstryknęła palcami, a znalazłyby się pieniądze na pomoc dzieciom, rodzicom i dziadkom tych, którzy byli w meczetach w czasie strzelaniny. Rząd może zapewnić im domy, świadczenia i opiekę zdrowotną, nie zastanawiając się nad kosztami, które nie mają większego znaczenia w skali kraju. Premier mogłaby pomóc kobietom w Nowej Zelandii, które umierają, bo zabrakło im kilku tysięcy dolarów na najnowocześniejsze leki przeciwnowotworowe. Jednak zamyka na to oczy.

Jestem więc nieszczęśliwy. Jestem zrzędliwy wobec rządu i rozczarowany opozycją, która zapomniała, że jej zadaniem jest sprzeciw, a przynajmniej zadawanie dobrych pytań. Jestem zasmucony także policją, która wykorzystała tragedię do osiągnięcia celu, którego nie udało się jej osiągnąć w legalny sposób w bardziej spokojnych czasach.

Opracowanie na podstawie Joining the Criminal Class


Na całym świecie trwa krucjata przeciwko uczciwym, spokojnym obywatelom, których jedynym przewinieniem jest to, że posiadają broń. Rządy, które w skrajnych przypadkach same potrafią wymordować miliony ludzi, podejmują głupie decyzje pod wpływem etatystycznych ideologii. Nic więc dziwnego, że broń jest dziś pod ostrzałem — w rękach praworządnych obywateli działa bowiem hamująco na skrajnie nieodpowiedzialne działania rządów. Broń w rękach zwykłych obywateli jest solą w oku polityków. Często wszystkich opcji. Co widać na przykładzie Nowej Zelandii.

Zawsze będę popierał rząd, który dba o swoich obywateli. Jednak rząd, który sprzeniewierzy się suwerenowi nigdy nie powinien mieć poparcia większości.

Morderca z Christchurch pochwalający komunistyczne reżimy wyraźnie powiedział po ataku, że w wyniku jego działań zostaną ograniczone prawa praworządnych posiadaczy broni. Rząd Nowej Zelandii zachowuje się jakby z tym mordercą współpracował. Co więcej, okazuje się, że w tym nienormalnym świecie ten przestępca ma szansę na uniewinnienie.